Tak mi napisał pewien osobnik rasy męskiej i plugawej. Plugawej, bo sam siebie tak określił, a ja przecież nie mogłabym nie skorzystać (taka jestem przecież miła i uczynna) – zresztą jego nick (którego przez wrodzoną grzeczność tu nie umieszczę, nawet bardziej niż pasuje do reszty). Osobnik ów nikczemny i podły miał koszmarny start, odważył się zadrzeć ze mną i to złośliwie, a każdy kto mnie zna (mniej lub bardziej) wie, że potrafię zrobić siwy dym z najmniejszego nawet powodu (a i bez powodu tym bardziej) i zadziora jestem nieprzeciętna a jeśli chodzi o złośliwość – wystarczy zapytać Dzaska – toczę boje do upadłego. Pewnego pięknego i słonecznego dnia napisał do mnie ten Pan na gadulcu i nie dość, że sie nie uśmiechnął / przywitał / przedstawił / nie przedstawił / zapoznał mnie z cała rodziną i resztą inwentarza / poprosił o chwilkę uroczej pogawędki / zapytał czy nie przeszkadza /zaczął przeszkadzać / zasypał mnie gradem bezużytecznych informacji / przepisał na mnie swoją hipotekę, majątek ruchomy, psa, kota i rybki / zakochał się we mnie od chwili gdy zobaczył moją ikonkę GG pośród morza innych / tudzież różne inne koszmarne pierdoły (których nie zrobił), bo przecież jakoś trzeba zacząć, to jeszcze wypalił z grubej rury, że ja to jestem dupa nie czarodziej, czyli grafomanka i w ogóle żębym poszła owce paść na zielonym łez padole, bo tylko one zniosą moje wypociny (no może mniej efektownie ale to parafraza). To już mnie ubawiło setnie, bo On biedaczek myślał, że ja niby poetka jestem, a koło wierszoklety prawdziwego to ja nawet nigdy nie stałam, co dopiero sama pisać. Tworzyć to ja mogę nowe „Dziady” albo babki z piasku w betoniarce, ale nie poezję. Zawsze twierdziłam, że każdy powinien robić coś, co mu sprawia przyjemność, nawet jeśli mu nie bardzo wychodzi. Dlatego też zawsze bardzo lubiłam grać w koszykówkę, choć nie mam nawet 170 cm w kapeluszu a dwutakt kojarzy mi się z wyciem Celiny Musztardówki (jak francuska musztarda Dijon) na dziobie tonącego Tajtanika. Owszem pisuję drodzy państwo – ale nie poezję tylko deserki, bo trudno to nazwać wierszami. Niektórym się to podoba, innym nie i chwała im za to – nie jest przynajmniej nudno, ale dopóki mnie to bawi i dopóki mam ochotę zamiast karmić szuflady, dzielić się z innymi skrawkami moich myśli, to będę to robić i guzik z pętelką mnie obchodzi co pan ten czy ów o tym czy o owym myśli. Komentarze są od komentowania i wszystko jasne jak memory fajf ale jak ktoś pisze do mnie zadziorno-zaczepną (jak granat) wiadomość na gg, to niech nie liczy na miłe przyjęcie bo się zawiedzie. Ja jestem wulkan nie kobita. Rzeczony pan został grzecznie (na swój sposób) poinstruowany przeze mnie, iż przed wydaniem jakiegokolwiek sądu o autorze (to już podstawowy błąd, bo powinno się oceniać utwór nie twórcę), najpierw powinien go poznać a tymczasem mógłby się zapoznać z całym archiwum i wypowiedzieć się później. Nie lubię pochopnych wniosków bardziej niż szpinaku i kożuchów na mleku, więc pan został momentalnie skreślony z listy ewentualnych przyszłych krewnych i znajomych królika, bo efekt pierwszeństwa, jak każda szanująca się niewiasta w gorącej wodzie kąpana, mam znacznie bardziej rozwinięty niż efekt świeżości i uprzedzam się do wszystkich i wszystkiego z siłą i prędkością wodospadu na bezzębnej szczęce babci Heli z reklamy. A co! Jak się uprę to już nie ma że boli – „se ne da i pach pach” jak w czeskim filmie. Osobnik plugawy odzywał się później jeszcze nie raz i gęsto się tłumaczył, że wszystko cofa i że to on jest ten be a ja jestem cacy (swoją drogą to coś tak oczywistego, że nawet w swej wrodzonej dobroci tego nie skomentowałam) ale słowo się rzekło i, jak myślę, chodziło mu raczej tylko o zatarcie swojego niecnego obrazu w mojej pamięci, niż o rzeczywiste poczucie winy. Tak czy inaczej bawiłam się świetnie i udałam śmiertelnie obrażoną. Potem założyłam sobie drugiego bloga i zaczęłam pisać a On mi walnął „Too much blog will kill you” – po prostu nie mogłam przestać się śmiać, ale musiałam, bo jak bym pękła ze śmiechu to by się okazało, że ta świnia męska miała rację a do tego dopuścić nie mogłam za żadne skarby świata. To oczywiste dlaczego – bo jak każda kobieta nie dość, że muszę mieć zawsze ostatnie zdanie to jeszcze muszę mieć zawsze rację, co w połączeniu razem daje nie zawsze dobre i raczej nigdy nie sprawdzające się rezultaty ale za to jak ładnie i wyraźnie można zaobserwować co się wtedy dzieje z facetami i jak nieomal siwieją w sekund kilka. No cóż, kobieta ze mnie prawdziwa w każdym calu. Zołza, czarownica, złośliwe bydlę, wredota i w ogóle lepiej mnie wysłać na wojnę jako broń psychologiczną, bo wróg po rozmowie ze mną sam się pochlasta… ale za to jaka czarująca :)

A blogi mam dwa bo nie lubię mieszać ot co…

Zabiły mnie vlepki autobusowe:

UWAGA! GRUBE BABY
oraz
W RAZIE AWARII WEŹ POD JĘZYK I PRZENIKNIJ PRZEZ DRZWI
obie na drzwiach

Dobry sen nie jest zły | 2003/06/11 |

Sny to ponoć odzwierciedlenie naszych marzeń, pragnień i lęków w dodatku ukryte – tak przynajmniej twierdził ongiś pewien nawiedzony erotoman-gawędziarz nazwiskiem Freud (swoją drogą miałam kiedyś kota, który się tak nazywał). Pan Zygmuś chyba nie brał pod uwagę, że ktoś może mieć takie sny jak ja, które wcale na ukryte fascynacje nie wyglądają tylko zawierają całkiem jawne przekazy (że na przykład planuję morderstwo na znienawidzonej pani ze sklepu WSS SPOŁEM, która poddała się hibernacji w czasach głębokiego PRL-u i dopiero teraz udało się ja odmrozić) ale nie bądźmy drobiazgowi – starał się i co nie co mu wyszło – poza włosami oczywiście. W końcu jakby nie patrzeć stworzył kilkadziesiąt mniej lub bardziej bezsensownych teorii, które śnią się po dziś dzień biednym studentom psychologii i dziedzin pokrewnych – o nich niewątpliwie można powiedzieć, że są to lęki. Ale teorie teoriami a wczoraj opowiedziano mi sen, który jest dość interesujący…

OSOBY:

Ojciec – krzepki facet w polewie z ciemnej karnacji i tatuaży, chudy, żylasty, bywa złośliwy jak nowotwór ogólnie jednak nieszkodliwy osobnik zbliżający się nieubłaganie do wieku poprodukcyjnego, chce zostać dziadkiem ale nie mówi o tym głośno, w wolnym czasie gnębi staruszki prowadząc Sex Shop w Centrum stolicy

Stefan – kolega Ojca, jeszcze bardziej krzepki i żylasty, z widoczną na twarzy i ciele przeszłością kryminalną, na oko jakieś 25 lat bez zawiasów za zbrodnie godne Kuby Rozpruwacza, ma głos Himilsbacha na trzydniowym kacu i nieodparty urok osobisty zombie poparty 30-cm kosą i niezwykłą elokwencją

Jakub – syn, lat 24, biedny student o gołębim sercu, zamiłowaniu do imprez, Pól Mokotowskich oraz kobiet, zwłaszcza lekkich, łatwych i przyjemnych, posiada rower, gitarę basową oraz kolegę, odznacza się miłą powierzchownością i donośnym głosem którym chwalą się wraz ze Skowim na ww polach śpiewając ballady o Charlesie Mansonie

Skowi – kolega Jakuba, lat 24, sympatyczny, dba o linię, żeby była gruba i wyraźna a i ciepłą wódką rano z gwinta nie pogardzi, z wyglądu nie-student, bywa określany przez zawianych 30-letnim rumem panów jako „kark”, porusza się cicho, głośno, bądź pojazdem wszystkich „karków” z dolnej półki – Dresowozem Golfem, lubi być fotografowany z kwiatami we włosach choć tych drugich nie posiada

Narrator – czyli ja

Akcja toczy się późnym wieczorem, księżyc świeci zdradzieckim światłem zdradzającym, że za chwilę lub dwie wydarzy się coś potwornego, co opisze później program „Nie do Wiary” lub „Sensacje XX wieku” a może nawet „Diecezja należy do Ciebie”. Miejsce akcji to dajmy na to na przykład opuszczone gruzowisko otoczone jakimiś podłymi chaszczami i innym badziewiem krzaczastym. Ciemno, strasznie i do domu daleko…
Nie wiadomo czemu tu jesteśmy i nie wiadomo czemu wszyscy na raz…

Ojciec – Ciemno (oznajmia stanowczo)
Stefan – No
Jakub – No
Narrator – No
Skowi – Idę się odlać – oddala się pospiesznie
Narrator – A idź
Skowi – z oddali – A pójdę – z jeszcze większej oddali (co to jest oddal?) – A poszedłem
Ojciec – (z nagłym ożywieniem) Jakub a teraz zabijemy Twojego kolegę – z uśmiechem zaciera ręce jakby się napalił jak szczerbaty na suchara
Stefan – No! – wyraźnie się ucieszył
Jakub – (z głupawym uśmieszkiem) Jak to?
Narrator – Właśnie!?
Ojciec – (karcącym tonem) Bo tak! Nie dyskutuj – idź po siekierę!
Stefan – No!
Jakub – No dobra – oddala się po nie wiedzieć czemu przygotowaną wcześniej siekierę – jest mu głupio
Narrator – Ojej
Skowi – Wracam (z oddali)… Wróciłem (z bliska)
Jakub – (chowając niepewnie i wstydliwie siekierę za plecami) To ja idę się odlać – oddala się jeszcze pospieszniej
Narrator – No i poszedł a teraz Ciebie biedaku zabiją (załamuje ręce)
Ręce narratora -(ze smutkiem) Jesteśmy załamane
Skowi – (z głupawym uśmieszkiem) Jak to?
Ojciec – Nie dyskutuj! Taki jest plan – chytrze mruga okiem
Stefan – No! – chytrze próbuje mrugnąć okiem
(Obaj zabijają Skowiego, który już nie dyskutuje. Wraca Jakub. Widząc całą scenę robi smutną minę)
Jakub – Ojej
Smutna mina – To Jakub mnie zrobił – pokazuje palcem na Jakuba
Ojciec – (z radosnym ćwierknięciem) Ha! A teraz Jakub poćwiartuje kolegę, żeby się nam zmieścił do walizki
(Na scenie nagle pojawia się walizka)
Stefan – No!
Jakub – (zabierając się do rąbania Skowiego) Ale kiedy mi głupio tak rąbać mojego własnego kolegę – z żalem w głosie
Głos Jakuba – Mam żal
Narrator – Właśnie!
Ojciec – No ktoś to musi zrobić a ja mam reumatyzm – mówi niepewnie
Reumatyzm Ojca – Tak to prawda, Ojciec nie da rady
Stefan – No!
Jakub – No dobra – biorąc siekierę
Siekiera -(z oburzeniem) Ale cham – wziął mnie świnia a mówił, że tylko potrzyma!
(Skowi został poćwiartowany i wciśnięty do walizki. Jakub czuł się bardzo głupio dźwigając na plecach swojego najlepszego kolegę w kawałkach. Było mu przykro, że już nigdy nie zawyją razem na Polach Mokotowskich smutnej ballady i nie zrobią jeszcze tylu denerwujących i głupich rzeczy. Czuł się tak głupio, że aż się obudził…)
Narrator – i opowiedział mi ten sen.

Koniec

Pomysł notki – Sen Jakuba
W słowa ubrałam – Ja

Czego się można nauczyć od dzieci:

Kiedy polejesz kłaczki kurzu lakierem do włosów, a potem będziesz po nich jeździc na wrotkach, mogą się zapalić.
Głos czteroletniego dziecka jest donośniejszy niż głosy ok. 100 dorosłych w zatłoczonej restauracji.
„Idź się pobawić” i „kuchenka mikrofalowa” nigdy nie powinny być użyte w jednym zdaniu.
Jeżeli zaczepisz psią smycz o wiatrak na suficie, silnik nie będzie miał siły obrócić 30-kilogramowego dziecka ubranego w psie szelki i ubranko SuperMan’a.
Jednak jest wystarcząjaco silny, aby tą samą smyczą zedrzeć farbę ze wszystkich ścian w pokoju 3,5 x 3,5 m.
Piłki tenisowe zostawiają ślady na suficie.
Nie powinieneś podrzucać piłek tenisowych, kiedy wiatrak na suficie jest włączony.
Kiedy używasz wiatraka na suficie jako rakiety tenisowej, musisz podrzucić piłkę kilka razy, zanim zostanie odbita.
Skrzydło wiatraka może odbić piłkę baaardzo mocno.
Szyba w oknie (nawet potrójna) nie zatrzymuje piłki uderzonej skrzydłem
wiatraka.
Płyn hamulcowy z Cloroxem powoduje powstawanie dużych ilości dymu.
Sześcioletnie dziecko potrafi rozpalić ogień nawet kamieniem, chociaż 36-letni meżczyzna mówi, że takie coś możliwe jest tylko w filmach.
Szkło powiększające pozwala na rozpalenie ognia nawet w pochmurny dzień.
Kiedy jesteś w butach z kolcami, lóżko wodne użyte jako boisko nie przecieka… ono po prostu wybucha.
Duże lóżko wodne zawiera ilość wody wystarczająca do zalania 200 metrów
kwadratowych domu na glębokość 8 cm.
Klocki LEGO przechodzą przez przewód pokarmowy 4-letniego dziecka.
Klocki Duplo nie.
Klej SuperGlue jest na zawsze.
McGyver uczy wielu rzeczy, o których nie chcemy wiedzieć.
Tak samo Tarzan.
Nie ważne, ile żelatyny wsypiesz do basenu, nie możesz chodzić po wodzie.
Filtry basenowe nie lubią żelatyny.
Video nie wyrzuca kanapek, jeśli nawet w reklamach pokazują, że tak właśnie jest.
Torby na śmieci nie są dobrymi spadochronami.
Kamyki w baku powodują dużo hałasu podczas jazdy.
Prawdopodobnie nie chesz wiedzieć, jaki potem jest smród.
Zawsze zajrzyj do piecyka, zanim go zaczniesz rozgrzewać.
Plastikowe zabawki nie lubią piecyków.
Straż pożarna zjawia się po okolo 15 minutach od zgłoszenia.
Cykl wirowania w pralce nie powoduje choroby morskiej u dżdżownic.
U kotów powoduje.
Koty wymiotują więcej, niż same ważą.
Cisza niekoniecznie znaczy „nie ma się co niepokoić”.

Jako dziecię małe i wdzięczne – na swój sposób oczywiście, bo gruba byłam okrutnie jak ludzik z opon Michelin i zamiast kostek w piąstkach miałam dołeczki w słoninie – miałam wątpliwy zaszczyt chodzić do przedszkola.
Jak się dowiedziałam, że pójdę to mało się tym przejęłam, myśląc, że każdą groźbę moich rodziców jak dotąd należało podzielić na pół, więc i ta nie wypali jak skapcaniały fajerwerk. Myliłam się…
Nastał dzień, w którym pękło niebo i niewątpliwie błony bębenkowe w uszach moich bliskich i dalekich krewnych.
Mój pierwszy dzień w przedszkolu miał się stać zaszczytnym udziałem mojego ojca zwanego już wcześniej Zdzichem, bo to On właśnie miał za zadanie dostarczyć mnie do przybytku, gdzie obdziera się bogu ducha winne niewiniątka ze skóry i podaje na obiad w potrawce wraz z buraczkami paniom wychowawczyniom.
Myślę, że ten ranek zapamiętał na całe swoje biedne życie, bo jak tylko zobaczyłam budynek znienawidzonego obiektu (w którym w moich koszmarach sennych działy się rzeczy strasznie okropne zwłaszcza małym niegrzecznym dziewczynkom a taką byłam w całej swojej czteroletniej rozciągłości) to… włączyłam syrenę.
Jednym słowem zaczęłam wyć jak nie przymierzając wściekły kojot skrzyżowany wbrew własnej woli z wozem strażackim w korku na Marszałkowskiej. Nie wiem skąd w takiej małej czarującej dziewuszce wzięło się tyle siły ale darłam się tak przeraźliwie, że ojciec (najwyraźniej bojący się posądzenia o uliczny mord na własnym dziecku pod czujnym okiem przechodniów) wsadził mnie z powrotem do autobusu i wróciliśmy do bezpiecznego, miłego domu.
Nawiasem mówiąc, jak tylko znalazłam się w pojeździe sześciokołowym, poczułam, że fortel się udał i wyłączyłam syrenę ale tate był chyba zbyt wykończony moją koncertową wprost histerią by wyciągnąć z tego wnioski i załapać o co chodzi.
Wszystko super ale następnego dnia odprowadziła mnie mama (rzeczona Krycha) a z nią takie numery nie przechodziły i… musiałam pójść do przedszkola bucząc jak wściekły bąk nabity w butelke po occie.
Cóż, życie jest ciężkie i bardzo niesprawiedliwe. W przedszkolu nie miałam się do czego przyczepić, żeby pomarudzić i ponarzekać jak tam strasznie i żeby mnie zabrali i w ogóle… więc przyczepiłam się do jedzenia. Nie lubię i nigdy nie lubiłam kotletów mielonych, cebuli, natki pietruszki, szczypiorku i szpinaku zatem ilekroć któryś z tych produktów pojawiał się na moim niebieskim talerzyku, migiem lądował za pobliskim kaloryferem.
Miałam to szczęście, że panie wychowawczynie, widząc jaki ze mnie potwór i rozbójnik gorszy od najgorszego łobuza, chciały mnie mieć zawsze „na oku” i posadziły mnie przy pierwszym stoliku przy biurku pod oknem a za plecami miałam… ten cudowny wielki kaloryfer, za którym mieściło się tyle znanawidzonych wiktuałów ile tylko mogłam sobie wymarzyć. I tak pod nosem czujnych kapo płci żeńskiej z czarującym uśmiechem herubinka ze skrzydełkami pozbywałam się wszystkigo czego nie znosiłam a zmysł zaradności i niesłychanej przebiegłości rozwijał się we mnie z prędkością rozpędzonego żelazka z teflonową stopą. Panie się dziwiły, że tak ładnie i szybko zjadam a ja się dziwiłam, że takie głupie z nich ćwoki.
Zawsze byłam bezwględnie inteligentna ale każdy fortel prędzej czy później się wydaje. Wydał się i ten gdy nastała zima a wraz a nią kaloryfery zaczęły grzać na całego, bo wraz z ciepłem po salach i salkach rozniósł się słodkawo-mdły specyficzny zapaszek. Oczywiście winnego nie odnaleziono, bo ja się koncertowo wyłgałam od wszelkiej odpowiedzialności – w końcu siedziałam pod nosem strażniczek Teksasu (hihi). Ale odtąd musiałam radzić z karmą dla przedszkolaków sobie w inny sposób – wykorzystywałam kieszonki fartuszka – napychałam je a potem przed leżakowaniem opróżniałam w wc (męskim of course – żeby nie było podejrzeń).
Dni w przedszkolu mijały i coraz bardziej mi się tam podobało zwłaszcza, że moje psoty uchodziły mi prawie zawsze na sucho (bo Wacek nie miał świadka, że pobiłam bo krzesełkiem a Hania później juz sama była przekonana, że ta lalka wcale ale to wcale się jej nie podobała) no i oczywiście obudziła się we mnie natura kobiety.
Zawsze byłam kochliwa i już na oddziale położniczym w Szpitalu Matki i Dziecka w Międzylesiu zdobyłam serce i zapluty śliniak Adasia, który przestawał płakać zaraz jak siostra oddziałowa położyła go obok mnie i zaczynał się uśmiechać (to wersja mojej matki ja tam sądzę, że po prostu razem śmialismy się z tych idiotów, którzy pochylali się nad nami z wdzięcznym „a gu gu” myśląc, że to takie zabawne), a w przedszkolu miałam kilku adoratorów.
Jeden zakochał się we mnie jak dostał w nos bo ciągnął mnie za warkocze. Przynosił mi bratki kradzione z ogródka dyrektorki i ciastka z podwieczorku. Miał na imię Krzysio (tak twierdzi moja rodzicielka – ja ich nigdy nie pamiętałam). Kolejny był moim partnerem na lekcjach rytmiki – Rafał to był albo jakoś tak i Jego mama miała warzywniak, więc byłabym dobrze ustawiona jak na tamte czasy – i kiedyś pobił się z drugim chętnym do tańca, który przystawiał się do mnie w kolejce do wc (imię nieznane ale był blondynem więc i tak nie miał u mnie szans). Rafała pokochałam również ja (zwłaszcza za lizaki) ale musiał się przeprowadzić do innego miasta a ja nie wierzyłam w uczucia na odległość i nasza paprotka miłości uschła nie podlewana. Nastepny był Maciek , który huśtał mnie na huśtawce, sprzątał po mnie zabawki i zabawiał podczas leżakowania opowieściami makabrycznymi – ten zdobyłby moje serce ale pchał się z dziobem do całowania więc dostał plombę i nasza miłość skończyła się tak szybko jak się zaczęła. On zajął się Marysią a ja Tomkiem i kimś tam jeszcze. Było więc całkiem miło nie licząc kilku tysięcy ran ciętych i szarpanych, siniaków, podartych malowniczo na kolanach rajstop, krwawych śladów walki na cukierkowo-słodkicj białych sukienusiach itp itd.
Byłam zakałą przedszkola, moje imię znał cały personel bo śniłam się im po nocach jako zmora, a moja mama musiała podjąć pracę w tymże przybytku opiekuńczym, żebym jako tako dała żyć innym i nie zachowywała się jak chory psychicznie piesek preriowy chichoczący jak norka ale… jak odchodziłam to wszyscy mieli w oczach łzy wzruszenia.
Bo byłam jaka byłam ale przynajmniej nie dało się mnie zapomnieć i autentycznie zdążyli polubić moją małą (już chudą) osóbkę razem z całym inwentarzem domniemanych psychoz i wariactw.
Do tej pory moja mama spotkawszy na ulicy jakąś panią z dawnego przedszkola nr 157 odbiera dla mnie masę buziaków, uścisków i pozdrowień. Byłam diabłem wcielonym ale za to jakim uroczym i niezapomnianym…
Na referendum spotkałam mężczyznę, który na mój widok cały się rozpromienił, przystojny był bardzo więc zrobiło mi się miło a co wszak kobieca próżność jest u mnie wysoce rozwinięta.
Myślę sobie z zadowoleniem „hmmm… nowa sukienka” a On podchodzi, ściska mnie i woła radośnie „Anka – nic się nie zmieniłaś!!!”.
Oniemiałam z deka bo po pierwsze nie lubię jak ktoś mówi do mnie per Anka (tak mówili do mnie wszyscy jak byłam niegrzeczna czyli praktycznie zawsze) a po drugie nie co dzień zdarza się, że obcy koleś rzuca się mnie ściskać i to w miejscu publicznym.
Jak tylko odzyskałam głos, to kazałam mu się z miejsca wytłumaczyć, że nie życzę sobie takich zachowań i w ogóle już chciałam go lać po pysku… a On tylko popatrzył z głupim uśmiechem i mówi „Bojowa jak zwykle”.
I wiecie kto to był? To był Rafał… moja miłość z przedszkola i On mnie poznał po tylu latach i z takim sentymentem mimo tych wszyskich siniaków powiedział mi, że mnie się nie da zapomnieć…
No wszystko fajnie ale, że ja się nic nie zmieniłam to sobie wypraszam – nie jestem już pyzatą kluchą na dwóch nóżkach z diabelskim błyskiem w oku ;)

Autobus czerwony… | 2003/06/06 |

Moja wzajemna niechęć z tymi środkami komunikacji masowo-bydlęcej ma początki we wczesnym dzieciństwie i jest pielęgnowana codziennie z uporem maniaka.
Niestety do lamusa już odeszły chwile, kiedy to jako seksowna laska w skórzanym ubranku (doprowadzając panów w dusznych autach z żonami ględządzymi i dziamgoczącymi za uszami) jeździłam sobie do pracy moją kanadyjską 750 (reklamy robić nie będę) z mojego rocznika. Było cudnie i nigdy nie wiedziałam czym są korki w okresie wiosenno-letnio-jesiennym.
Ale wszystko co dobre się kończy (co za głupie przysłowie) i trzeba się było przesiąść do uroczych barakowozów o klimacie sauny w lecie a dalekiej Antarktyki w zimie z równie uroczymi panami kierowcami, którzy chyba – mam takie nieodparte wrażenie – zaledwie wczoraj przesiedli się doń z kombajna albo furmanki pełnej ziemniaków.
Swoją drogą to upierałabym się, że niektórzy z pasażerów bardziej przypominają buraki pastewne tylko takie zmutowane genetycznie i bardzo niegrzeczne. Ale nic to – ja się tylko czepiam i taka moja rola bo jestem kobita – ten typ tak ma.

Dzisiejszego pięknego poranka (nareszcie da się oddychać bo w nocy spadł deszcz) wsiadłam do autobusu linii 195 przy ulicy noszącej wdzięczną nazwę – Przytyk – z zamiarem dojechania do pracy w trybie niejednostajnie i znacznie przyspieszonym bo znowu zaspałam (tzn ściśle rzecz ujmując nie zaspałam tylko nie chciało mi się otwierać oczu a co dopiero wstać – tak tak powieki odmawiające współpracy to słynna zmora współczesnego społeczeństwa i napewno doprowadzi nas to do moralnego upadku).
W autobusie mimo wczesnej (względnie) pory unosił się już zaduch i charakterystyczny odorek. Ponoć nie wolno przewozić środkami komunikacji miejskiej środków żrących i cuchnących, tymczasem widziałam tam dwóch panów żrących coś tam bliżej niezidentyfikowanego z celofanu i mocno zionących tymże odorkiem.
Jak już wsiadłam to przecież nie będę robiła dymu tylko usiądę grzecznie – myślę sobie – zaczytam się w książce i zapomnę a może przy odrobinie szczęścia stracę również powonienie.
Pokrzepiona tąż nadzieją rozejrzałam się za dogodnym miejscem – z dala od tego wszystkiego – nie żebym nie lubiła ludzi, wręcz przeciwnie, ale zawsze trafiam na jakieś skrajne przypadki ze skali neurotyzm-psychotyzm niejakiego Eysencka. Miałam wybór niewielki więc problemu nie było. Usiadłam sobie grzecznie przy oknie, żywiąc wyżej wymienioną w poprzednim zdaniu panią N, że nikt żrący lub/i cuchnący nie dosiądzie się do mnie przez najbliższe 40 minut aż dojadę do pracy.
Sauna w autobusie trwa a ja zaczęłam czytać książkę (nie napiszę co bo i tak jeszcze tego nie ma w sprzedaży). Fajnie było przez 10 minut. Potem na miejsce wtargnął Pan zabierając mi wolność i resztę powietrza. Z wyglądu lat ok 30, ze zbereźnego uśmiechu – 15, całkiem całkiem ale wjazd go zdyskwalifikował.
Nie znoszę jak ktoś siada koło obcej osoby zaczytanej w książce po uszy i zaczyna ględzić cos w stylu „a usiądę sobie tutaj myślę bo zawsze to fajnie koło takiej dziewczyny co nie?” albo „co tak pani czyta?”… Standard. Zawsze mam ochotę odpowiedzieć, że skoro trzymam w rękach książkę to pewnie czytam bibuły z bojówkowego ruchu ojca Rydzyka albo zajmuję się chiromancją a ta makulatura to tak dla niepoznaki ale się hamuję. Jeszcze.
Ten przeszedł od razu do meritum:
- Co czytasz? – zagadnął błyskotliwie
- Książkę – warknęłam uprzejmie
- A jaką? – widocznie chciał nawiązać kontakt
- Grubą i bez obrazków – warknęłam już trochę mniej uprzejmie
- Ale ja się pytam jaki ma tytuł ta książka? – nie dawał za wygraną ciekawski buc, który myśli, że jak jest względnie przystojny i cuchnie na kilometr wodą toaletową Makler albo jakis inny Brutal to już każda laska na Niego poleci i to z prędkością widma świetlnego.
- „Jak znokautować natręta w autobusie miażdżąc mu tchawicę jednym ruchem łokcia” – odparowałam
Pomogło…
Cudownie mieć znów swoje własne powietrze w autobusie bez śladu woni marnej eau de macho.
Życie jest piękne nawet w autobusie zwłaszcza jak sobie ćwiczę asertywność, no bo przecież kobiety muszą byc asertywne. A już na pewno jak chcą sobie przeczytać książkę w spokoju.
Pozdrawiam w ten miły dzień…

Rodziców mam niezłych, choć czasem marzę o tym by móc występować w ich towarzystwie tylko i wyłącznie na zdjęciach, bo ponoć tam się z rodziną wychodzi najlepiej ale się ich nie wybiera a ja i tak nie trafiłam najgorzej ;) Z resztą tałatajstwa to różnie bywa ale nie o tym ta notka.

Wracam do domu, dość często nawet się to zdarza, po ciężkich i mozolnych dniach w pracy, w trudzie i znoju – no dobra nie jest tak źle ale dramaturgia byc musi z zamiarem należnego mi i ze wszech miar zasłużonego wypoczynku a tu w mojej chatce na kurzej łapce różne dziwy się dzieją…

Wróciłam również i dnia któregoś pięknego i od progu wołam wesoło:
- Cześć ferajna !
A tu wita mnie mój prywatny ojciec, Tatem zwany, tekstem:
- Mamut sfiksował – i dalej powrócił do pełnej ożywienia i pasjonującej dysputy z moim kotem Dudusiem (zwanym Dudusławem) o beznadziejnej polityce finansowej w naszym pieknym kraju…
Nie żebym się przejęła bo:
po pierwsze primo każda matka może sfiksować jak ma mnie za córkę a jej mężem jest człowiek imieniem Zdzich, który prowadzi entuzjastyczne rozmowy z czarnym wyraźnie znudzonym kotem;
po drugie primo moi rodziciele dość często raczą siebie różnymi komplementami natury czepliwo-złośliwo-neurotyczno-menopauzalno-androkosmicznej a i tak ja i każde z nich z osobna wiemy, że kochają się bardzo inaczej nie wytrzymaliby ze sobą ponad 30 lat pod jednym dachem;
a po trzecie primo ultimo – mamut faktycznie często fiksuje.
Postanowiłam sprawdzić obiekt dzisiejszego wariactwa matki zwanej Krychą i wybrałam się do kuchni skad dobiegał mnie dźwięczny glos i wtórujące mu pokrywki.
- Cześć mamut ! Słyszałam, że sfiksowałaś – witam się naszym słynnym powitaniem
- A tam zaraz sfiksowałam, ślimaczka sobie hoduję, ot co – odparła Ona i powróciła do zagłuszania radia
- Taaaak? Ślimaczka powiadasz… przecież nie lubisz kuchni francuskiej – lekko zbita z tropu wolałam nań powrócić
- Ale kiedy mówię Ci, że On nie do żarcia. Ja Go hoduję bo jest fajny – ma na imię Maciuś – idź się przywitaj, jest pod prysznicem – ćwierknęła Krysia pogodnie
- O matko kolorowa ! Przecie ślimaki są do tępienia nie do hodowania – zaoponowałam pomna zniszczeń tych niecnych drani, które upodobały sobie nasz ogród a zwłaszcza piękną kapustę, która dopiero rośnie (i piekna bedzie za czas jakiś bo na razie jest tylko w postaci mizernych kikutów kwitnących na zielono) i którą ja razem z pozostała częścią rzeczonego warzywniaka podlewam obficie w dni wolne od deszczu i imprez
- Ale On jest grzeczny i sama zobacz jaki piękny. Nie mogłam Go zabić, przecież bym serca nie miała, a On rozumny jest i słucha co do Niego mówię – zachwycała się dalej uroczym jednonogiem matka
- Mamo – zaczęłam najłagodniej jak potrafiłam – skąd wiesz, że Cię słucha? Przecież On nie umie mówić?
- Bo tak na mnie patrzy…
- Jak patrzy? – nie wytrzymałam – Ślimaki nie patrzą – one mają czułki i czują ale nie widzą i nie mają rozumu żeby zrozumieć co do nich mówisz a nawet gdyby się okazało, że to są naitneligentniejsze stworzenia na ziemi to i tak pewnie nie dałabys mu dojść do głosu!
- Jestes bez serca – jak możesz przecież od razu widać, że jest bardzo mądry – sama sprawdź – poradziła

Dobra – myślę – zmierzę się z tym wystepnym małym draniem, tym szpiegiem wszystkich mięczaków, który wdarł się pod cudowna opiekę mojego osobistego mamuta a jak już zdobędzie zaufanie całej rodziny to zwoła resztę swojej skorupiastej bandy i pod osłoną nocy ogołoci nasz piękny ogród z kapuchy i wyrzucę go z mojego domostwa.
Zajrzałam pod prysznic a tam… w brodziku tapla się w najlepsze wielkie BYDLĘ… Tak ogromnego ślimaka nigdy nie widziałam (choć faktycznie skorupke ma ładną i wygląda sympatycznie – ale muszę chronic moją rodzinę i nasze zasoby żywienne) i mam nadzieję, że większego nie zobaczę. Moja matka zapewniła mu wszystko – świeżą kopkę wilgotnej trawy, marcheweczkę (obraną i drobno posiekaną!), wode i kafelki. Jednym słowem raj dla wszystkich ślimaków. Jemu też najwyraźniej się podobało bo przesuwał się wolno po połaciach glazurniczych i wcale nie zmierzał ku wyjściu…

- Mamo musisz go wypuścić – zadecydowałam – nie wolno męczyć zwierząt nawet jeśli to szkodniki
- Ależ ja go wypuszczam – zaświergoliła Krysia – wychodzimy codziennie na spacery i chodzimy gdzie mu sie podoba. Dziś byliśmy w koniczynce a Maciuś wcale nie ucieka a przecież gdyby było mu źle to by zwiał…
- Chyba flegmatykowi z ostrym stadium katatonii i zaburzeniami błędnika i to w dodatku na hulajnodze – przecież to ślimak – one nie biegają – zripostowałam złośliwie – A co bedzie z kapielami pod prysznicem? – wypaliłam z grubej rury
- Jak to co, będzie się Go wystawiać z jego domkiem a potem wróci na swoje miejsce a kafelki i tak zawsze myję na wieczór – Krycha nie widziała problemu w niczym i najwyraźniej miała wszystko obmyślane (jak Ona mnie zna)
- A jak będzie się to to rozłaziło po domu i obsrywało wszystkie śliskie miejsca łącznie z lustrem i oknami? – nie dawałam za wygraną
- Nie będzie nigdzie wyłaził – tu pod prysznicem na mokro i dobrze – tu ma swój domek – stwierdziła ochoczo znawczyni skorupiaków która przez tyle lat ukrywała się pod postacią mojej matki
- Domek to On ma swój własny i na plecach – szczeknęłem
- Oj czepiasz się bo jesteś zazdrosna – zdiagnozowała mnie w mig moja własna rodzicielka (i pomyśleć że ja chodziłam do szkoły i pilnie się uczyłam psychologii na studiach gdy pod nosem mam prawdziwego psychola znaczy się psychologa oczywiście) – A ja naprawdę mam z Nim dobrze i nie nudzi mi się gdy wracam z pracy a Was jeszcze nie ma.
- To weź się za robótki ręczne albo za kurs młodego pirotechnika a nie robale przywlekasz do chałupy – odgryzłam się z wrodzoną sobie grzecznością i szacunkiem dla starszych
- Po pierwsze to żadnen robal tylko Maciuś a po drugie sam za mną przyszedł… a Ty myj ręce i siadaj do obiadu – i poszła ćwierkać dalej a ja zostałam z ta tragiczną wieścią.

I tym oto sposobem nasza rodzina powiększyła się o największego w dziejach historii ślimaka imieniem Maciej, który zadomowił sie u nas na dobre i z upodobaniem podgryza coraz to nowe ulubione paprotki mojego osobistego mamuta a Ona zamiast Go za to wywalić na zbity czułek jeszcze go hołubi i chwali że taki mądry i wie jak wybrać najlepsze roślinki…
Maciuś nie robi sobie nic z gróźb Zdzicha (zwanego ojcem lub tatem w przypływie ciepłych uczuć), który stwierdził, że jeśli wyżej wymieniony stwór jeszcze raz będzie ruszał Jego gazetę, to będzie na obiad potrawka ze ślimaka a wiem, że ojce gotują dobrze i słów na wiatr nie rzucają.
No cóż. Różne są zwierzęta domowe i różni są rodzice. Na razie Maciek egzystuje sobie i mi nie przeszkadza ale boję sie pomyśleć co będzie jesli moja rodzicielka któregoś pięknego dnia znajdzie w ogrodzie coś innego. Bo pół biedy jeśli to będzie jakiś przystojny i nieznajomy młody mężczyzna bez skłonności neurotycznych i innych mniej lub bardziej wyraźnych i uciążliwych chorób psychicznych oraz naleciałości serca-zranionego-przez-inna-kobiete, takim to się chętnie sama zaopiekuję i pozwole mu spać w moim domu w dodatku niekoniecznie pod prysznicem… Ale co wtedy, gdy Ona przylecze pod strzechę np żabę albo innego karalucha? Ropuch nie znoszę i nikt mi nie wmówi, że to to ładne albo, że z tego jak się pocałuje, będzie jakiś full wypas królewicz. Mam gdzieś takie bajki. Póki co razem ze Zdzichem po cichu mamy nadzieję, że Maciuś matuli wstarczy.
Nie ma jak w domu…

Początek | 2003/06/05 |

Zaczynam w czwartek a co… to bardzo ładny dzień na początek pisania własnego bloga ;)

Nie wiem co z tego wyjdzie ale znając mnie coś zakręconego równie mocno jak rzeczony termos ;)

No to 3 2 1 0 start


  • RSS